poniedziałek, 21 września 2015

plebejskie potrzeby


w pracy, jak w życiu, a w życiu jak w pracy - przez jedenaście godzin marazm i w kółko to samo, a w ostatniej: RYP z grubej rury, że nie wiesz, w co ręce włożyć.

lubię ten sport. narkotyzuję się sinusoidalnością zdarzeń. przez pewien czas odpoczywam, żeby zebrać siły na kolejne atrakcje multi-kulti. zawsze też ciągnęło mnie do ludzi czynu, bo nic tak nie mierzi, jak gadanie po próżnicy. zawsze też podświadomie dążyłam do wypełnienia jakiejś roli społecznej, cicho, bez zadęcia. ale, ale - to nie taka prosta sprawa. czasem wystarczy ci, że otaczasz się osobami, którzy potrafią się dzielić, innym razem szukasz sposobu pomocy, który nie wywróci twojego całego świata. kiedyś dotowałam pszczoły, teraz po prostu żyję bliżej ludzi, ale na jedno wychodzi. łapię życie w międzyczasie.

aktualnie krążę między bazarem (wrzesień to kumulacja warzywno-orzechowo-owocowo-grzybowych dostatków), szkołą (młody się kiepsko klimatyzuje), plenerami (sesje), basenem (szkółka młodych), pracą, pracą domową, pracą domową sezonową i garderobą (szukanie zaginionej kiecki na weekendową imprezę). do tego piję wino (rolnik szuka żony), wielbię kobiety (rolnik szuka żony) i śpiew (rżę do taktu podczas transmisji rolnik szuka żony). zawijam, duszę, piekę i miksuję. po drodze korzystam z dobrodziejstw miejscowego baru mlecznego, bo na gotowanie obiadów niekiedy czasu nie wystarcza. robię badania, odbieram badania, ale regularnie chodzę tylko do gina i stomatologa. walczę z nawracającym zapaleniem pęcherza. mało czytam. nie sprzątam. kupuję herbatę i buty. nie mam czasu na szydełkowanie, a włóczka już kurzem pokryta. momentami padam ze zmęczenia, ale warto być na sto procent.


jeśli macie okazję wdepnąć na jakiś targ/bazar, skorzystajcie z możliwości kupienia żurawiny bagiennej. jest bombą witaminy c, której duże dawki już za chwilę przydadzą się w walce z jesiennymi dreszczami (a przy tym uszczelnia ścianki pęcherza, więc mamy wash&go). 
wiem, że łatwiej kupić sok (a właściwie 30% koncentrat) albo suszony, przesłodzony owoc, ale to nie to samo. własnoręcznie zblendowana z miodem to fenomenalne połączenie zwiększające odporność organizmu. taką mieszankę przechowuj w małych słoiczkach w lodówce i przegryzaj łyżeczkę-dwie dziennie, albo posmaruj nią kanapkę z białym serem. świetnie sprawdza się też jako zakwaszający dodatek do mocno słodkich ciast, np. zamiast dżemu z czarnej porzeczki. 
surową żurawinę przechowuj w zamrażalniku, podziel na małe porcje potrzebne do wykonania mikstury, albo z przemrożonej wyciśnij sok.

początkowo kwaśny smak wykręca buzię, ale po kilku dniach to wciąga i nie można się obyć bez umaczania paluchów w słoiczku z miodową żurawiną.











8 komentarzy :

  1. niby taka zapracowana jesteś i aktywna a z postu bije spokój i taki relaks ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bo zabieganie nie zawsze równa się nerwówce

      Usuń
    2. no i właśnie dlatego tak fajnie czytało się ten post...

      Usuń
  2. Podoba mi się takie zdrowe zapracowanie. A na wszystko i tak czasu nie wystarczy...

    Kurka, szkoda, że tu u mnie nie ma żadnych mlecznych barów, bo też bym czasem skorzystała!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie wystarczy, oj nie, dlatego lepiej, żeby półki czasem kurzem się powlekły niż latać całe życie z językiem na brodzie. a bary mleczne to dobro samo w sobie, ale stołówki przyzakładowe też spełniają się w ich roli :)

      Usuń
  3. poprosimy o żurawinowe zdjęcie jako główny baner - pracownicy nieogrzewanej jeszcze instytucji publicznej. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam podgryzać suszoną żurawinę i chętnie daję dzieciakom, które też ją lubią, ale widzę, że pora na surową!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...