czwartek, 21 kwietnia 2016

Cała Szwecja czyta dzieciom, a Polska nie ma ochoty.

Każdy, kto mnie dobrze zna wie, że nieustannie coś robię. Kreatywne (uch, coraz bardziej wyświechtane to słowo) rozrywki nie są mi obce. Pomiędzy szydełkiem, ołówkiem i farbami zawsze leży książka, a najczęściej dwie. I jednym i drugim zaraziła mnie mama, z dzieciństwa pamiętam ją albo z książką, albo z drutami w rękach, będącą zawsze gdzieś obok, bez narzucania innym swoich upodobań. Jej obraz na tyle mocno utrwalił mi się w głowie, że w okresie dojrzewania, kiedy rządziły mną hormony, nie próbowałam porządkować swojego świata w oparciu o zakrapiane imprezy i ćmienie szlug za winklem szkoły, zauważyłam bowiem, że lepiej dogaduję się z fikcyjnymi niż realnymi postaciami. W wykreowanym na potrzeby powieści świecie doświadczałam dużo więcej, niż mogłyby mi dać podblokowe spotkania z tymi samymi wciąż rówieśnikami. Nasz szczenięcy świat nie był skomplikowany, obijaliśmy się o te same kolejki po cukier i identyczne jeansy z Pewexu. Kto mógł, wyjeżdżał na wakacje do rodziny na wsi, nieliczni smakowali wycieczek do dedeeru, lecz  przywozili stamtąd walutę zamiast wrażeń. Żyliśmy w spokojnym, ale ubogim w doznania świecie, a ja potrzebowałam stymulacji. Zaliczałam kolejno: swojskie przygody Lindgren, akcję u Nienackiego i dojrzewanie u Siesickiej, ominęłam natomiast całkowicie etap przygód Szklarskiego, moje potrzeby poznawcze przeskoczyły od razu do zagadek kryminalnych Christie i rodzimej Chmielewskiej. Zawsze wolałam bliskie spotkania z wydarzeniami, które potencjalnie mogą mi się przydarzyć (no i jak to się ma do mojego zawodu?). Już wówczas wiedziałam, że z książek dowiem się więcej o ludziach, niż na podstawie tego, co oni sami będą mi w stanie o sobie opowiedzieć.


Byłam kujonem, choć nie z definicji.
Czytelnictwo na gruncie Polski odradzającej się było też pewnym rodzajem PRZEKLEŃSTWA. Odstawałam od reszty, nie znajdowałam nici porozumienia wobec infantylnych zachowań, nudziła mnie jałowość codzienności. Kiedy czułam zawstydzenie lub zażenowanie, wycofywałam się do bezpiecznego narożnika albo próbowałam zamaskować dyskomfort arogancją i wyszczekaniem. Czytanie książek, z długofalowym skutkiem wzbogaciło mnie mocno, ale też uprzedziły do interakcji innymi ludźmi.


Kiedy sięgnęłam po książkę Szwecja czyta. Polska czyta. uświadomiłam sobie, że nie w pełni jestem winna tego wyobcowania. Sporą część odpowiedzialności śmiało mogę zrzucić na SPOSÓB, W JAKI ÓWCZEŚNIE TRAKTOWANO CZYTELNICTWO. Dzieci biegające samopas z kluczem na szyi w żaden sposób nie były zachęcane do lektury, organizowały sobie czas na miarę własnych możliwości. Biblioteki stawały się schronieniem dla odszczepieńców, księgarnie było pojęciem egzotycznym. W tamtych czasach w Szwecji ruch robotniczy nie walczył, tak jak w innych krajach, wyłącznie o podwyższenie wynagrodzeń, ale też o sferę edukacji kultury. W Polsce o to walczyć nie miał kto. Inteligencja wytrawiona podczas wojny, a następnie traktowana z buta przez socjalistów, dbała o byt sam w sobie. Nikt nie przekazywał wzorców czytelniczych, potrzeba było wówczas elektryków, frezerów, murarzy i stolarzy, a nie filozofów i naukowców. Trochę się to zmieniło w okresie transformacji i napływu zachodniego kapitału, ale początki były mimo wszystko walką o pierwsze duże pieniądze i wpływy.
Pamiętacie, kiedy nagłośniono akcję Cała Polska czyta dzieciom? Dopiero w 2001 roku. Ta KAMPANIA SPOŁECZNA miała nakłonić abnegatów czytelniczych (czyli większość Polaków) do codziennego czytania dzieciom przez ok. 20 minut w celu wspomagania ich wszechstronnego rozwoju, rozbudzania kreatywności, samodzielności, budowania kręgosłupa moralnego, zasobów intelektualnych i emocjonalnych. 2001 rok to były nieśmiałe początki, wtedy właśnie zorientowano się, że rozwój czytelnictwa i jego pozytywne skutki nie mogą być uzależnione od jego promocji w skostniałym systemie edukacji, bo to nie wystarczy.

W książce Szwecja czyta. Polska czyta. znajdziecie wiele przykładów na to, że po drugiej stronie Bałtyku szanuje się dzieci na równi z dorosłymi pod względem krzewienia kultury czytania, a nawet bardziej, widzi się w nich bowiem POTENCJAŁ. Szwedzi doskonale wiedzą, że książki najpierw pobudzają wyobraźnię, następnie poszerzają światopogląd, ułatwiają rozumienie odmienności, w konsekwencji czego mają zasadniczy wpływ na dalsze kształcenie i radzenie sobie w życiu, co skutkuje wysokim PKB i zaangażowaniem w życie społeczne. I jeszcze jedno, o czym głośno się nie mówi w naszym kraju, a co może być brzemienne w skutkach - szeroko zakrojone czytelnictwo wzmacnia system demokratyczny, ułatwia porozumienia na wielu płaszczyznach, zrozumienie problemów i chęć ich rozwiązywania ze skutkami długoterminowymi, a nie doraźnie.

Od 1948 roku po Szwecji jeździły AUTOBUSY BIBLIOTECZNE, które docierały do tych części miasta, w których wychowywało się dużo dzieci, niekoniecznie zadbanych i otoczonych opieką edukacyjno-rozrywkową. Chodziło o to, żeby przełamać opór, jaki żywiono do bibliotek i czytelnictwa w ogóle. A Polska... podnosiła się dopiero wówczas z ruiny.
Szwecja miała dobre podstawy, dużo wcześniej zaczęto wdrażać system zachęty i oswajania, ale też trzeba Szwedom zaliczyć to, że nie poprzestali na bardzo ogólnikowym zaznajomieniu społeczeństwa z literaturą. Zauważyli na przykład, że DZIECIAKI W WIEKU 10-13 LAT unikają czytania książek i ignorują biblioteki, ponieważ czują się już zbyt dorośli na literaturę dziecięcą, a jeszcze za niedoświadczeni, by sięgnąć po młodzieżówkę i literaturę piękną; do tego ich zachowanie jest dość specyficzne w tym okresie. Powstała w roku 1998 Międzynarodowa Scena Pisarzy Kulturhuset stworzyła dla przedziału 10-13 specjalne miejsce: Tio Tretton - BIBLIOTEKĘ POŁĄCZONĄ Z MIEJSCEM DO RELAKSU, miękkimi pufami, konstrukcjami do siedzenia przy wielkich oknach z widokiem na Szlokholm oraz... kuchnią. Byłą to odpowiedź na zapotrzebowanie tej grupy docelowej, skonstruowana na bazie przedstawionych zainteresowanym ankiet. Najciekawsze jest jednak to, że Szwedzi bardzo skrupulatnie i z rozmysłem podjęli się realizacji tego zadania, nie zatrudnili bowiem w Tio Tretton bibliotekarzy z wykształcenia, ale animatorów kultury (w Polsce do tej pory nie jest to powszechny zawód) i pedagogów. Wszystko po to, by skutecznie osiągnąć cel, zgodnie z percepcją i potrzebami młodego człowieka.
To fantastyczne, że ludzie mają chęci i widzą potrzebę bezbolesnego wprowadzania dzieciaków w świat książek zgodnie z ich rytmem. Nie każdy pokocha czytanie, nie każdy też odnajdzie w tym sens, ale bez wdrożenia odpowiednich mechanizmów zgodnie z percepcją danej grupy wiekowej nie wiadomo nawet, ile potencjału się marnuje. Wielką porażką jest opiniowanie z góry, że nie do wszystkich da się trafić. Jeśli nie do wszystkich, to do kogo? Do jakiej liczby? Kategorii? Należy iść za dobrym przykładem i dawać możliwości, a nie ograniczać ścieżki dostępu. Literatura otwiera bowiem drzwi do nieznanego - książki kucharskie mogą zaszczepić pragnienie realizowania się w gastronomii, poradniki pokazać wielooblicze człowieka lub po prostu wskazać wyjście z sytuacji, biografie idoli nakreślić proces docierania do celu. Piękne jest również to, że szwedzkie biblioteki nie są stworzone do ciszy, ale do rozmów o książkach, gier i zabaw, słuchania muzyki, mniej lub bardziej aktywnego odpoczynku.





Dużo się mówi w kraju o tym, że POLACY NIE CZYTAJĄ. Nie mieliśmy dobrych wzorców od dziesiątek lat jak nasi zamorscy sąsiedzi, wpadaliśmy raczej na książki przypadkiem lub na zasadzie przymuszenia do czytania lektur szkolnych. Tak było dawniej, a jakie mamy wytłumaczenie obecnie? Już nie ciemięży nas okupant, nie musimy w pocie czoła odbudowywać kraju, ani walczyć z utopijnym systemem. Jesteśmy otwarci na świat, możemy czerpać wiedzę z każdego zakątka globu, nie narzekamy również na brak towaru czytelniczego ani możliwości zdobycia szczególnych, niepopularnych pozycji. Mam żal do rządzących, że na przestrzeni dziesięcioleci utwierdzili Polaków w przekonaniu słuszności powiedzenia: dzieci i ryby głosu nie mają, a dorosłych obywateli przekonali, że czytanie książek to domena elit inteligenckich (mocno zdziesiątkowanych, praktycznie nie istniejących). Państwo rozdaje marchewki zamiast wędki z instrukcją obsługi, nie rozpowszechnia wiedzy o roli książek, nie ułatwia dotarcia do nich i polubienia słowa pisanego. To nie rola rodzica, ale państwa, aby każdemu, choćby najbardziej wycofanemu z życia dziecku otworzyć drzwi do świata, o którym myślał, że absolutnie nie jest dla niego.


***


Szwecja czyta. Polska czyta jest kompendium wiedzy na temat oblicza czytelniczo-wydawniczego w obu tytułowych krajach. Redaktorki przeprowadziły serie wywiadów z postaciami sceny kulturalnej, skorzystały z ich wiedzy, doświadczenia oraz poglądu na sytuację w sąsiednim kraju. Znajdziecie tu informacje o sposobie pracy i wynagrodzeniach autorów i tłumaczy, jakości i ilości spotkań/zrzeszeń okołoliterackich, specyfice wydawniczej. Nie jestem w stanie zagłębić się w każdy wątek książki tym bardziej, że jest ona świetnie napisana, wciąga mimo, że pozornie temat czytelnictwa nie wydaje się być szczególnie zajmujący. Szczerze polecam każdemu, kto ma wąskie pojęcie o korzyściach płynących z czytelnictwa, ale również tym, którzy uwielbiają słowo pisane, nie znają jednak jego przyziemnej, od kuchni strony.
A w sobotę, z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich, zapraszam na drugi i ostatni post na temat czytelnictwa, w którym poruszę kwestię dorosłego (nie)czytania bądź czytania czegokolwiek.





25 komentarzy :

  1. Kupuję :)

    Problem z dziećmi jest złożony - bo przecież biorą przykład z (nie)czytających rodziców. Jeśli w domu nie ma książki (a znam takie), cudów się po nawet najbardziej wypasionych centrach kultury spodziewać nie można. Zresztą, gdzie one powstaną? W Sztokholmie. W Warszawie. Raczej nie na mojej wsi, gdzie normy czytelnicze za część dorosłych wyrabia moja pięcioletnia córka.

    Całkowicie zgadzam się natomiast z opcją "daj dziecku, to co je interesuje". Pozwalam małym wybierać książki samodzielnie. Ich wybory czasem (w sumie to bardzo często) są dla mnie mocno szokujące, ale nikogo na czytanie namawiać nie trzeba. Bo przecież lektura jest odpowiedzią, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zanim przeczytałam "Szwecja czyta..." też pokładałam największą odpowiedzialność za brak kontaktu z książką na rodzicach. Ta książka to naprawdę doskonałe źródło wiedzy z podpunktami do wykorzystania, z wielu wypowiedzi wynika bowiem jeden obraz, kształt całej Szwecji upstrzonej bibliotekami różnego rodzaju - od państwowych po prywatne, wszystkich dotowanych przez państwo, częściowo dzięki lobbującemu Związkowi Pisarzy i Tłumaczy. Zawsze pozostanie margines ludzi czujących awersję do liter i oczywiście jest tak, że podczas kiedy w Pl ludzie oglądają "Na dobre i na złe" tam siadają w fotelu i czytają, ale od czegoś trzeba było zacząć, pokazać społeczeństwo korzyści i przyjemność płynącą z czytania. Za morzem więcej ludzi po prostu rozumie problem, na każdym etapie powstawania książki szanuje się wzajemnie wszystkich współtwórców i ciągnie w górę dla dobra ogólnego, a nie tylko dla zysku. Zresztą o tym napiszę jutro :)

      Usuń
    2. Jasne, szkoła może zachęcić do czytania. Może zachęcić do wielu rzeczy, ale jakoś kiepsko jej to w Polsce niestety idzie, i to nie tylko na czytelniczym froncie. Ale poczekam jeszcze na jutrzejszy wpis, rozwiniemy temat. Tylko dodam: moim zdaniem rola rodziców (czy szerzej - domu; bo wyobrażam sobie, że może to być babcia albo dziadek) jest jednak duża. Jeśli dom nie zachęca, a ogólny nastrój wobec czytania jest słaby (bo ja spotkałam się z ostracyzmem! Bo czytam! Dasz wiarę?) to dziecku jako jednostce trudno będzie z tym samodzielnie zawalczyć.

      Usuń
    3. Tak, to szczera prawda. Tym bardzie, że zawsze kultura popularna będzie nadrzędna wobec jednostkowych potrzeb. O ile dorosły jest już na tyle ukształtowany i na tyle (a przynajmniej powinien) odporny na wpływy grup przeważających liczebnie, tak dziecko lub nastolatek mogą zwątpić w siebie nie mając namacalnego, bliskiego przykładu, potwierdzenia swojej "normalności"
      Uwierzę w czytelniczy ostracyzm, ale chyba tylko dlatego, że mam stały kontakt z patologiami społecznymi :) Ale nie, jednak w TO akurat uwierzyć trudno...

      Usuń
    4. Wiesz, tak sobie wymyśliłam, że im większa niechęć społeczna do czytania, tym większa rola domu. Jak sądzisz? Bo w domu ma się ten azyl, który jest dzieciom potrzebny.

      Ostracyzm? Raz (w sensie - podczas pobytu) wyśmiewały się ze mnie kobiety na sali szpitalnej na patologii ciąży. Nie dorzucałam się do wspólnego oglądania TV, tylko czytałam. Kpiły, sugerując imię dla dziecka w stylu "Tomiszcze". Poza tym NIE było osoby, która nie zwróciłaby uwagi na to, że czytam (i mówię też o personelu), więc w końcu wyszło na to, że się snobuję. Ech.
      Stolarz zarykiwał się ze śmiechu, pytając czy prowadzę bibliotekę, bo on nigdy tylu książek nie widział. Ech.
      Koledzy kpili, że czytam Sapkowskiego, a sami nie znali (sic!!!) autora... Pana Tadeusza. Ech.

      Usuń
  2. P.S. Oczywiście, nawet jeden dzieciak nawrócony na czytanie usprawiedliwia budowę takiego centrum, żeby nie było wątpliwości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I masz rację, lektura jest odpowiedzią, ale też zmiennym horyzontem. Mój syn nie widziałby żadnych korzyści z czytania, gdybym nie czytała Blance. Na początku zazdrościł, że poświęcam jej swój czas i jest to czas zindywizualizowany, więc to, co czytałam jemu nie było istotnie, chciał się napawać chwilą. Teraz wyciąga książkę o ssakach i naprawdę słucha. Przy surykatkach zapytał, czy lemury istnieją naprawdę, czy tylko w "Pingwinach z Madagaskaru" :)

      Usuń
    2. Chodzi mi o to, że łatwo można dziecko zniechęcić męcząc je nieodpowiednią (i nie mówię tylko o lekturach szkolnych, ale też o nawiedzonych rodzicach każących czytać to, co modne etc) lekturą. W tym sensie jego wybór jest odpowiedzią na jego potrzeby, nie tylko czytelnicze. Chyba nawet przede wszystkim emocjonalne. Co Ty na to?

      Usuń
    3. Have five. Dzieci powinny mieć wybór :)

      Usuń
  3. Ta pozycja interesuje mnie od jakiegoś czasu, muszę się za nią wreszcie zabrać. A co do czytelnictwa - myślę, że jednak największe znaczenie ma to, co wynosi się z domu. Jeśli rodzice/starsze rodzeństwo/dziadkowie czytają, szanują książki, to istnieje naprawdę duże prawdopodobieństwo, że z dziecka wyrośnie miłośnik literatury. Choć samo promowanie czytelnictwa wydaje się niezmiernie istotne, to zawsze się zastanawiam, jak miałoby wyglądać, żeby skutecznie zachęcić młodych ludzi do czytania. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy jest od groma innych, prostszych i pozornie atrakcyjniejszych sposobów spędzania wolnego czasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ulega wątpliwości, że dobre wzorce pomagają. Ale! Książka pokazuje, że można promować miłość do lioteratury skutecznie z zewnątrz.

      Usuń
    2. Książki nie czytałam, ale na podstawie Twojego posta mam wątpliwość czy to na pewno tak działa :) Bo Szwedzi promowali czytelnictwo już od lat, jeszcze w czasach, kiedy alternatyw dla książek było dużo mniej. Mam wrażenie, że wtedy łatwiej było zachęcić ludzi do sięgnięcia po książkę. Nie było konkurencji 100 programów w telewizji kablowej i internetu - grunt był podatniejszy, zrobiono to w dobrym momencie i poszło. Czytanie stało się czymś normalnym i przekazywanym z pokolenia na pokolenie. No muszę przeczytać tę książkę :)

      Usuń
    3. Jasne, przepaść jest duża. Ale! Czy zawsze należy szukać usprawiedliwienia dla nieudolności?

      Przeczytaj koniecznie, to tylko zbór wywiadów, ale nie jednostronnych i poruszających szerokie spektrum problemów związanych z czytelnictwem.

      Usuń
  4. Jako dziecko zaczytywałam się w książkach, były przepustką do innego lepszego życia. Moje dzieci często mnie widziały z książką. Czytałam im je więcej niż dwadzieścia minut przed spaniem, a mimo to, ani jeden, ani drugi nie pałają do nich miłością.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To trochę bardziej skomplikowane, nie zaszczepimy dziecku miłości do książek li tylko przez czytaniu mu. Rodziców zadaniem jest rozwinąć wyobraźnię, pobudzić kreatywność czytaniem potomstwu książek, ale to działa na wczesnym etapie macierzyństwa. Później zachętę powinno się znajdować w innych miejscach, rodzice przestają być autorytetem. A tym trudniej pokazać ówczesnemu nastolatkowi wartość świata literackiego, im więcej łatwych przyjemności ma w zasięgu ręki.
      Nie jest powiedziane, że moje dzieci łatwo przejdą ścieżkę od słuchania do samodzielnego czytania, ale wzięłam się na sposób i przemycam im czasem audiobooki. Na początku były protesty, teraz robię to mimochodem, przy okazji wykonywania innych czynności. Zaczyna procentować :)

      Usuń
  5. Ale skąd przekonanie, że nie rozwijałam wyobraźni?:) Starszy ma artystyczną dusze i pięknie maluje i rysuje. Chce zostać aktorem. Młodszy nie za bardzo lubi jak się mu czyta, ale chętnie ogląda książeczki i prowadzimy dysputy na temat tego, co widzimy na obrazku, tak więc nie tracę nadziei:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ani to przekonanie, ani zarzut dla Ciebie. Uogólniam. Bardziej nawet na bazie tego, co obserwuję na co dzień, niż w oparciu o konkretne przypadki.
      Trzymam kciuki za Twoich chłopaków :)

      Usuń
  6. Ja Uwielbiam czytać książki, ponieważ... http://pozytywnie-nastawiona.blogspot.com/2015/03/czytac-to-bardziej-zyc-to-zyc.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już pierwszy akapit mnie przekonał :)

      Usuń
  7. lubię te Twoje dłuuugie wpisy :) czytam, czytam, czytam, a potem to już nawet nie wiem, co chciałam napisać ;)
    - czytam dużo, choć ostatnio falami. kiedyś czytałam bardzo dużo, gdyż albowiem studiowałam na kierunku najbardziej czytelniczym z założenia chyba ;)
    - za to książki o Szwecji nie czytałam. w ramach Światowego Dnia Książki zamówiłam inną pozycję o Szwecji. Ciepło na północy, mianowicie
    - za młodu Jeżycjada, za to przygodówki zupełnie nie. wczoraj odkopałam Fotoplastykon, który pochłonęłam dawno temu. dziś przejrzę z ciekawości jeszcze raz
    - gdy byłam mała, Rodzice czytali mi na głos. bardzo lubiłam tę tradycję
    - pozdrawiam i czekam na drugi wpis
    - może usmażę coś u siebie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. Ja lubię Twoje krótkie :) Chciałabym umieć takie pisać, ale to mnie ogranicza wewnętrznie ;)
      2. Poczekam na Twoje wrażenia po książce "Ciepło na północy", aczkolwiek z niecierpliwością.
      3. Jeżycjada! Oh yeah!
      4. Tak być powinno. Na szczęście część tego "obowiązku" można scedować na myśl technologiczną.
      5. Spóźniam się niczym okres u ciężarnej, ale miałam bogaty weekend.
      6. Smażenie jest ciężkostrawne, postaw na delikatniejszą dietę.

      Usuń
  8. Rodzice muszą dzieciom czytać, a szkoła nie powinna katować młodych ludzi lekturami, w których ciężko doszukać się treści odnoszących się do ich doświadczeń. A do tego z góry narzucane interpretacje...
    Od jakiegoś czasu zamierzam sięgnąć po opisaną książkę, bo chyba warto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otototo, szkoła to placówka edukacyjna, bo już nie wychowawcza, odkąd MEN i rodzice w niej rządzą. Niestety, sytuacje i rodziców mamy różne i różnych, a to rządy państw dbają o to, żeby rozwój gospodarczy postępował. Czytelnictwo jest z tym mocno związane, to fakt zbyt chętnie ignorowany.

      Usuń
  9. Jesteśmy przykładem dla dzieci. Czy to naszych własnych czy tych, z którymi mamy nieco inny kontakt. To co mówimy i im pokazujemy, ba niebagatelny wpływ na to co będą robiły w przyszłości. A poza tym, od dawna marzę aby odwiedzić kraje Skandynawskie. Odkąd pamiętam, zawsze marzyłam o Norwegii i Szwecji. Muszę tam kiedyś pojechać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naukowo potwierdzone, że geny i nawyki w większości decydują o naszym dalszym życiu.

      Ps. Sadków -> Gdańsk -> Gdynia -> Karlskrona -> Sztokholm :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...