Łańcuszki... brrrr. Kali nie lubić.
Ja cię klepnę w pośladek, ty oddaj w kolanko, ale broń Boże nie sięgaj dalej, bo będzie to oznaczało, że odstajesz. Nie zrozumiałeś przesłania, matole! Masz się wtopić w tłum, a nie podkreślać swoją odrębność.
I odwrotnie. Zabłysnę! W końcu zaistnieję, pokażę innym swoją wyższość!
Tylko z tym kojarzą mi się tasiemcowe zabawy rodem z przedszkola. O ile w wieku kilku lat ma to swoje uzasadnienie, o tyle doświadczony, myślący człowiek powinien prezentować sobą coś więcej niż utarty na przełomie wielu lat schemat. Niejeden próbował wyjść z tego z twarzą, ale najczęściej przepadł przygnieciony marazmem powielanych przez tłumy pomysłów. Z wiatrakami się wszak nie walczy.
Taka jestem mądra, ale i ja niejeden łańcuszkowy grzeszek mam na sumieniu. Chciało się przynależeć do grupy, szukało się najprostszych rozwiązań. Dzisiaj nie silę się na oryginalność, po prostu grzecznie wymiksowuję się, bądź płynę na fali własnej prawdy. Istotny jest temat i cel, a nie fakt, że znalazł się ktoś, kto cię w końcu nominował.
Kiedy Polskę ogarnął szał wyzwania Ice Bucket Challenge, zastanawiałam się jak moją ewentualną odmowę przyjmie ogół. Nie chciałam szukać wymówek jak ci, którzy z westchnieniem ulgi przyjęli wystąpienie Janiny Ochojskiej. Nie dowiemy się już tego, nikt mnie nie nominował i szczerze mówiąc nawet nie poczułam zawoalowanego uczucia zazdrości i wykluczenia, które zazwyczaj w takich wypadkach czają się w zakamarkach myśli. Mimo, że byłam zniesmaczona postawą uczestników wyzwania, chętnie podglądałam tych, którzy mieli w tej kwestii coś do zaoferowania. Widziałam nagie biusty, poddane działaniu grawitacji, nieudolne próby uniesienia kilkunastu litrów wody i ciekawe pomysły na aranżację zdarzenia, na przykład na prywatnym profilu fejsbukowym
Moaa, której wtórował aplauz motorniczego. I to tyle, jeśli chodzi o przesłanie Ice Bucket Challenge. Fakt, zebrało się sporo pieniędzy, fakt, podało się do publicznej wiadomości informację o chorobie, o której prawie nikt do tej pory nie słyszał, ale długoterminowo nie ma to większego sensu. Mieliśmy kilkutygodniowe szoł, zapoczątkowane prze celebrytów, które mógł sobie urządzić każdy śmiertelnik i poczuć się dzięki temu jak pan świata. A dobroczynność... o tym innym razem, bo mam całkiem rozbudowane przemyślenia na ten temat.
Żeby nie być bucem pełną gębą przyznam się, że są zabawy, które mnie kręcą. I tak na przykład
Marysia pogoniła mnie pejczykiem, oto więc wystawiam się na publiczną chłostę w kwestii literatury, która odcisnęła na mnie wyraźne piętno. Uproszczony temat brzmi:
10 najważniejszych książek w twoim życiu, ale czy można sprawy najwyższej wagi określić konkretną liczbą? I jak je sklasyfikować? Według jakich kategorii wybierać?
Okazuje się, że ten problem rozwiązał się samoistnie - wszystkie pozycje, które przyszły mi do głowy jako pierwsze, związane są z pewną odmianą mojego pierwszego razu. Oczywiście, później zaczęłam kombinować, wyszukiwać, ważyć i porównywać, ale suma summarum pozostałam przy początkowym zamyśle.