Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 czerwca 2016

over



A wiecie co?
Licytujcie się, bijcie, przekrzykujcie i sprawdzajcie, kto ma lepiej tudzież gorzej. Czyje dzieci są odpowiedniej wychowane, jaką dietę skuteczniej stosować i kto jest bardziej zmęczony. Komu nie pomagają dziadkowie, a w kogo inwestują całe oszczędności. Czyj mąż jest większym pacanem, a czyją żonę częściej boli głowa. Jakie mleko modyfikowane stosować i czy nie lepiej byłoby spalić na stosie wszystkie matki niekarmiące piersią. Przebijajcie się w licznikach popularności i plotkach na temat wróbli nie pasujących do stada wron. Przyklaskujcie sobie, a za plecami wbijajcie nóż w plecy. Bijcie w piersi i klęczcie na grochu, chodźcie do spowiedzi i udawajcie przed sobą sprawiedliwych. 
Wy, którzy tak płaczecie machając nóżką, że Wam ciężko i Wy, którzy nigdy nie macie wiele do powiedzenia. Wy z odwiecznie urażonymi ambicjami i zazdrością wszytą pod skórę. Wy, którzy żyjecie tak wielką powierzchownością, że aż boli od patrzenia na Was. Tak, właśnie Wy.

czwartek, 9 czerwca 2016

[Kobiecy alfabet] "B" jak BÓL


Poprosiłam dziewczyny o kilka zdań na temat BÓLU już dawno, zaraz po opublikowaniu posta o AMBICJI, wiedziałam bowiem, że nie będzie łatwo je napisać. Na co dzień można narzekać, delektować się opowieściami o fizycznych dolegliwościach, wspominać trudne chwile, po których rany w sercu już dawno się zasklepiły, lecz kiedy przychodzi do obnażenia swoich słabości, tkliwości emocjonalnej i drążenia negatywnie naznaczających kwestii, sprawa robi się delikatna. Mogłam wybrać inne hasło zaczynające się na literę B. Mogłam... Bliskość, bezpieczeństwo przyjęłyby się, ponieważ człowiek nie lubi taplać się w kisielu z trudnych tematów, czytelnik gładko przebrnąłby przez podrzędnie złożone zdania, mógłby się wielokrotnie utożsamić z różnymi wypowiedziami (nawet, jeśli byłyby mocno odmienne), zaś autorka wypowiedzi nie musiałaby lawirować pomiędzy prawdziwymi odczuciami, a tym, co może, mogłaby, chciałaby lub jest w stanie napisać na zadany temat. Cała zawiesistość BÓLU tkwi właśnie w tym, że trzeba wyważyć, na ile można odkryć swój intymny pancerz, jaki problem poruszyć dla zachowania wewnętrznej równowagi, wiadomo przecież, że w życiu zmagamy się z rozmaitymi bolączkami. Przeczytajcie, jak rozprawiło się z tym 10 wspaniałych kobiet.

środa, 1 czerwca 2016

all that matters


Choć na co dzień widzę swoje mnogie ułomności, kiedy patrzę na moje dzieci wiem, że dwie rzeczy udały mi się perfekcyjnie. Moja rola w kształtowaniu człowieka kończy się w momencie podarowania im życia i zaspokojenia potrzeb dopóty, dopóki same nie będą w stanie tego zrobić. Mogę wskazywać drogę, umożliwiać dokonywanie wyborów, wspierać lub trzymać je w ryzach. Nie zaplanuję im życiorysów, choć troszeczkę bym chciała. Nie rozwiążę ich bieżących problemów z tożsamością, ani z rówieśnikami, niestety. Zrozumiałam, że muszę dać im przestrzeń do popełniania błędów i wyciągania wniosków, z czym nie było mi się łatwo pogodzić. Jestem jak latarnia morska - oświetlam wciąż nowe rejony, ale stoję cały czas w tym samym miejscu. Daję bezpieczną przystań, ale nie ustrzegę ich od sztormów. Nie potrzeba tu wielkiej mądrości, wystarczy miłość i czas.

piątek, 20 maja 2016

czyste majtki


Mama Staśka zawsze latem zżymała się patrząc, jak syn się ubiera.
- Gdzie leziesz na bosaka, nogi upaskudzisz, skarpetki ubrudzisz!
- A bo ty, matka, to zawsze mi każesz w białych skarpetach popylać, jakbym to ja jakieś panisko był - raz za razem mruczał pod nosem Stachu.
- Zapamiętaj sobie synu - nie po raz pierwszy i nie ostatni wypowiadała swoją kwestię stara Kapciakowa - że jak Ci się wypadek jakiś przytrafi (tfu, tfu, odpukać), to żebyś mi zawsze miał na sobie czyste majtki i śnieżnobiałe skarpety!


piątek, 29 kwietnia 2016

Paczing, leżing czy socjaling na majówkę? Propo i wspomnień czar.


Nie wiem, co się porobiło z tym moim blogowaniem (pomijając już, że publikuję  jak ostatni osioł w piątkowy, przedmajówkowy wieczór). Dawniej strzelałam słowami niczym z kałacha (bywalcy poprzednich adresów z pewnością pamiętają), teraz mi się wcale nieeeee chceeeee. Strzępić języka & Klawiatury.
Pośmieję się i wygadam w pracy, a później jeszcze gdzieś indziej, w domu natomiast już mi się powoli paliwo wytrąca, a o blogu w ogóle zapomnij. Żeby tam jakieś anegdotki czy cuś... phi! Procesor mam dysfunkcyjny, nie rejestruje. Nie to, żeby było nudno i nic się nie działo, przeciwnie - sytuacyjnie i z lekka komediowo, a nawet tragikomicznie jestem nieźle zaopatrzona w wydarzenia bieżące, lecz nie gromadzę ich na zaś.
Tak sobie stałam ostatnio na papierosku o północy z towarzystwem znanym mi tylko z widzenia, trzeźwa jak świnia (choć z konotacjami porannego kacyka), oni mniej (raczej więcej tego mniej), wypadało więc nie zrzucać odpowiedzialności za konwersację na żywe trupy (aczkolwiek mocno rozweselone) i zarzucić coś w kratkę lub podobny deseń. A tu nic, pustostan zupełny, przeciąg pomiędzy uszami. Ja wiem, że się człowiek szybko aklimatyzuje stosownie do sytuacji, ale dotąd byłam raczej odporna na takie mecyje.
Z Wami to tak troszeczku podobnie, jak z tymi nieznajomymi od fajeczki, nieprawdaż?

Żeby nie truć już na samym początku podrzucę Wam kilka linków do poczytania i pooglądania w czasie wydłużonego weekendu, a kto będzie miał ochotę na więcej, po instrukcję obsługi scrolla zapraszam tutaj.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Czy wystarczy czytać cokolwiek, czy też istotna jest treść?

W poprzednim poście pisałam o roli propagowania czytelnictwa w rozwoju dzieci i młodzieży. Dzisiaj, z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich, chciałabym zahaczyć o coś bardziej dorosłego, przynajmniej z nazwy.
Na okres 2014 - 2020 rząd przewidział miliard złotych dla Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa. Instytut Książki bije na alarm, że stan czytelnictwa w Polsce jest zatrważająco niski. Z drugiej strony wielkie wydawnictwa odnotowują spory zyski ze sprzedaży książek. Skąd te rozbieżności?

czwartek, 21 kwietnia 2016

Cała Szwecja czyta dzieciom, a Polska nie ma ochoty.

Każdy, kto mnie dobrze zna wie, że nieustannie coś robię. Kreatywne (uch, coraz bardziej wyświechtane to słowo) rozrywki nie są mi obce. Pomiędzy szydełkiem, ołówkiem i farbami zawsze leży książka, a najczęściej dwie. I jednym i drugim zaraziła mnie mama, z dzieciństwa pamiętam ją albo z książką, albo z drutami w rękach, będącą zawsze gdzieś obok, bez narzucania innym swoich upodobań. Jej obraz na tyle mocno utrwalił mi się w głowie, że w okresie dojrzewania, kiedy rządziły mną hormony, nie próbowałam porządkować swojego świata w oparciu o zakrapiane imprezy i ćmienie szlug za winklem szkoły, zauważyłam bowiem, że lepiej dogaduję się z fikcyjnymi niż realnymi postaciami. W wykreowanym na potrzeby powieści świecie doświadczałam dużo więcej, niż mogłyby mi dać podblokowe spotkania z tymi samymi wciąż rówieśnikami. Nasz szczenięcy świat nie był skomplikowany, obijaliśmy się o te same kolejki po cukier i identyczne jeansy z Pewexu. Kto mógł, wyjeżdżał na wakacje do rodziny na wsi, nieliczni smakowali wycieczek do dedeeru, lecz  przywozili stamtąd walutę zamiast wrażeń. Żyliśmy w spokojnym, ale ubogim w doznania świecie, a ja potrzebowałam stymulacji. Zaliczałam kolejno: swojskie przygody Lindgren, akcję u Nienackiego i dojrzewanie u Siesickiej, ominęłam natomiast całkowicie etap przygód Szklarskiego, moje potrzeby poznawcze przeskoczyły od razu do zagadek kryminalnych Christie i rodzimej Chmielewskiej. Zawsze wolałam bliskie spotkania z wydarzeniami, które potencjalnie mogą mi się przydarzyć (no i jak to się ma do mojego zawodu?). Już wówczas wiedziałam, że z książek dowiem się więcej o ludziach, niż na podstawie tego, co oni sami będą mi w stanie o sobie opowiedzieć.


Byłam kujonem, choć nie z definicji.

środa, 13 kwietnia 2016

melting


Zapomniałam o blogu. Tak jakby. Robiłam kilka podejść do napisania paru zdań, nie wyszło, zapomniałam więc, żeby się nie drażnić sama ze sobą. Najgorsze są utarczki, kiedy ma się przeciwnika równego sobie, bo nigdy się nie kończą. Zresztą ostatnie tygodnie obfitują w mocno kontrowersyjne tematy, obok których ciężko przejść obojętnie, lecz czasem warto zachować się tak, jak TUTAJ.
Gdzieś między 2 a 3 nad ranem przyszło mi do głowy, że zamiast o sprawach trudnych, warto wspomnieć o zwyczajnych - zwyczajnie przyjemnych, na przykład o tym, co mnie rozczula w moich dzieciach. Jak to zwykle bywa, natychmiast skrystalizowały mi się same niepochlebne zachowania małolatów, nie pomagał w tym również fakt, że przez cały czas pomiędzy zakończeniem lekcji, a moim wyjściem do pracy syn drażnił mnie, rozpraszał, męczył i nie dawał spokoju. Przez to też nie udało mi się przywołać ciepłego wizerunku córki, zniknęła mi gdzieś z pola widzenia pośród grymasów i dopiekań młodego.

środa, 30 marca 2016

przykro

Kompilacja długotrwałego zmęczenia, tragicznych wydarzeń na świecie i wciąż (nie)zaskakująco miałkich, 
bezsensownych relacji polski rząd kontra społeczeństwo plus książka Żulczyka jako ukoronowanie mojego stanu ducha. 

czwartek, 24 marca 2016

Wielkanoc pod stołem, najchętniej na dywanie.


Trzy tygodnie temu, jeszcze przed dwutygodniową walką z grypą, z której póki co ocalałam tylko ja, zasiałyśmy z młodą rzeżuchę. R-z-e-ż-u-c-h-a. Trudne słowo. Trudniejsze niż gżegżółka, bo ta jest powtarzalna, w całości sprzeczna z zasadami. A rzeżucha to podstępne nasienie, najpierw cię otumani początkowym rz, a później daje po średniej nieprzewidywalnym ż. Tak jak w życiu. I jeszcze ci powie: Czyżbym nie ostrzegała? Przecież zdrowa jestem, a nie tylko ładna, a trzeba mnie poznać i polubić, żeby skorzystać z moich walorów. Ot, cała jej uroda.
Z ludźmi jak z rzeżuchą - wyjątkowe zalety kryją się w goryczce. Trzeba się naciąć, przejść swoje, żeby móc zrozumieć i ocenić.

poniedziałek, 21 marca 2016

ach, ten gluten (bezglutenowe ciasto na mazurek wielkanocny)


Kiedy powszechne stało się hasło dieta bezglutenowa i przerodziło się ono w styl życia, sposób na zrzucenie nadprogramowych kilogramów, media krzyczały, że to nowa moda. Stałam sobie gdzieś obok tego zamieszania, nie do końca będąc zainteresowaną, walczyłam bowiem wówczas z własnymi problemami żywieniowo-logistycznymi.
W międzyczasie przeszłam szereg badań, które wykluczyły choroby tarczycy, wrzody żołądka i dwunastnicy, pasożyty i grzyby w organizmie, ale nadal źle się czułam, miałam permanentną lekką anemię i podwyższony cholesterol mimo, że zamiast czekoladek jadłam marchewki (z przyjemnością!), a zamiast zamawianej w pracy chinki kaszę gryczaną z warzywami i wołowiną. Dokuczały mi wzdęcia, nabrzmiały i bolący żołądek. Zastanawiałam się, czy nie dobrze by było lekko zwariować, skoro odżywiam się dobrze, badam i nic, kulą w płot, a obciążenie genetyczne mam bujne (nowotwór żołądka, miażdżyca, udar).
Przez przypadek wpadłam na pszenicę.


czwartek, 17 marca 2016

***


Jakie to dziwne, spotykać w życiu ciepłych, sympatycznych, serdecznych ludzi i wiedzieć, że się z nimi nie zaprzyjaźnisz. Być może nie interesuje was wasza codzienność, albo macie inne priorytety. Cenicie się, szanujecie, ale brakuje momentu zadzierzgnięcia.
To tyle chciałam. Dziękuję za uwagę.











sobota, 12 marca 2016

Za zdrowie pań! Od A do Ż kobiecego punktu widzenia.


Kiedy cztery dni temu większość z Was przyjmowała dowody uznania za bycie kobietą, pomyślałam, że w zasadzie jest to święto dla mężczyzn, drogowskaz i przymus kolektywistycznego poklasku dla odmiennej, często bagatelizowanej płci. Jeden dzień gremialnego wszystkiego najlepszego i żywych kwiatów w wazonach. W szkołach i miejscach pracy wręczano drobne upominki, których wybór i zakup był powodem skrytego niezadowolenia panów, uznanego jako niepotrzebny kłopot, ale nie podlegający dyskusji z uwagi na tradycję i powtarzalność. Nie powinnam generalizować, bowiem oboje z mężem mamy inne od powszechnie panujących wartości, jednak obserwacja zmusza mnie do jednoznacznych wniosków.
I wówczas, kiedy słyszałam, jak żony przypominają mężom, że mają siostry, córki i wnuczki, tym samym w zawoalowany sposób nadmieniając o samych sobie, zakiełkowała mi w głowie myśl, że często głos faceta to tylko tembr i high volume, kakofonia dźwięków bez merytorycznego znaczenia. Często nie znaczy zawsze, ale w tłumie najwyraźniej słuchać tych, którzy mają najmniej do powiedzenia, pewny swojej wartości i przekonań człowiek nie musi nikomu niczego udowadniać.
Na fali tych nieprzyjemnych myśli, wynikających z bieżącej obserwacji, zapragnęłam poznać kobiecy punkt widzenia. Zdarza się, że na podstawie całokształtu rysujemy w głowie obraz interesującego człowieka, ale nie mamy konkretnych, szczegółowych punktów odniesienia. Zapragnęłam poznać zdanie kobiet w kwestiach tak kontrowersyjnych, jak zwyczajnych, ale odmiennie traktowanych, ukształtowanych na podstawie innych czynników.
Postanowiłam stworzyć cykl opiniopoznawczych treści, rzucając wyzwanie hasłami rozpoczynającymi się na kolejne litery alfabetu. Zaprosiłam do współpracy kobiety, które wydają mi się interesujące, ale mające zróżnicowane podstawy wychowawcze, kulturowe, zawodowe oraz wynikające z położenia geograficznego. Jestem ciekawa ich procesów poznawczych (metaforycznie) i wniosków.

Wnoszę toast Ż jak ŻURAWINÓWKĄ za moje współtwórczynie dzisiejszego posta i ich A jak AMBICJE.

niedziela, 6 marca 2016

comedy channel

Jakoś w czarnej dupie jestem, bo choć coś tam robię i nawet depresja mnie nie dopadła, to niedostatek energii oraz wzmożone moralizatorstwo w stylu wypowiedzi (z zamiarem ewentualnym) razi nawet mnie samą. Nie chce mi się gadać, niewiele mam do powiedzenia, wolę się zaszyć w zaciszu z książką lub dywanem (next in progress) i nie denerwować się łamane na otoczenia. Jednocześnie tęskno mi, Panie za tym moim grajdołem słowa i (rzadziej) posłowia.
Żeby zaistnieć i jednocześnie nie zafiksować się w zatęchłym monologu podrzucę Wam cztery tytuły filmowe z kciukiem w górę lub w nie w górę. W nie górę będzie trudniej, bo fejsbuk dodał jakieś nowe kolorowe, co to niby ma wyrażać emocje, a nie tylko hejt vs. lizusostwo, a ja bym chciała pozostać przy starym, dobrym ignorowaniu tego, czego nie lubię. Tak. Więc. Tylko. Wspomnę. Bo. Cza. Sobie. Pomagać. I. Szanować. Swój. Mój. Twój. Czas.


piątek, 29 stycznia 2016

w makrokosmosie neuronów i pośród córek - krów


Kiedy idziesz ulicą, nie dostrzegasz detali, spieszysz się, albo przeciwnie, kontemplujesz wolność i swobodę. wypijasz zbyt drogie latte depcząc kocie łby. Rzadko zatrzymujesz się nad czymś nieco dłużej - niewiele, tylko tyle, żeby zauważyć, złapać myśl, dać jej rozkwitnąć i wystrzelić fajerwerkami w różne rejony twojej percepcji. Pobudzić.
Lubisz swoją strefę komfortu, niechętnie poza nią wykraczasz. Każdy lubi.
Wolisz zrobić, zobaczyć, doświadczyć mniej, ale we własnym tempie i według określonych potrzeb.
Masz potrzeby, indywidualne.
A może miewasz.

piątek, 22 stycznia 2016

gwiazdkę z nieba


Jedna schyli się z pokorą i mimo bólu podniesie papierek, który wypadł jej z kieszeni, inna będzie narzekać na niewychowaną młodzież i wykłócać się o wszystko w kolejce do internisty. Jedna o swoim wiecznie schlanym, kradnącym jej emeryturę synu wykrzyknie: on jest taki biedny!, inna wszystkie zaoszczędzone pieniądze zabierze ze sobą do dębowej jesionki, sama w spartańskich warunkach żyjąc, wnuków nawet czekoladą nie poczęstując. 
Jaką się jest matką, taką się będzie babką... mniej więcej. Wiadomo, pewne cechy się pogłębią, inne zanikną z powodu prowadzenia innego trybu życia, ale pamiętajmy, ludzie się nie zmieniają diametralnie i zasadniczo.

środa, 23 grudnia 2015

Xmas 2015


To był pracowity tydzień, ojjjjjj, bardzo pracowity. Nie wiem, jak kobiety pracujące przygotowują Wigilię i dwa kolejne dni dla kilkunastoosobowej rodziny. Być może mam mylne wyobrażenie, bo dinozaury już wyginęły? 
Pamiętam Boże Narodzenie u moich dziadków - niby każdy przygotował coś do jedzenia, ale sprzątanie, wyrób wędlin, mój ulubiony sernik królewski na serwatce i standardowe, wcale niemałe obowiązki codzienne... 
Moja mama będąc w dziewiątym miesiącu ciąży z moim bratem, ze mną dwuletnią plątającą się pomiędzy nogami upiekła ciasta, tort, mięsa, zrobiła sałatki...
Tak, wiem, inne czasy. Kiedyś po prostu trzeba było zakasać rękawy, jeśli się chciało mieć niekoniecznie wystawne, ale na pewno wyjątkowe święta. 
I... wiecie co? Ta moja biedna mama i to "kartkowe", wystane i wyczekane w kolejkach Boże Narodzenie... Mój tata wylądował w szpitalu, bo mu wyrostek robaczkowy się zbuntował, a mama ze stresu wylądowała na porodówce. Przeszła w bólach kilka kilometrów w poszukiwaniu taksówki, ponieważ autobusy nie kursowały, a mróz był wówczas tęgi.
Po trzydziestu latach mówię to, o czym wielu zapomina - my mamy z górki. 

środa, 18 listopada 2015

Ten stan. Depresyjno - przedświąteczny

Znacie ten stan - budzisz się z resztkami snu na powiekach, snu, w którym mąż zdradza Cię z blond dziunią z banku w Twoim własnym domu i cały dzień masz naznaczony wkurwem? Gówniana sprawa. Nie dręczy Cię tak bardzo potencjalność skoku w bok, ale emocje, które w tym śnie przeżywałaś - namacalne, do szpiku kości realne, ale przede wszystkim takie, o które się nie podejrzewałaś. I ten listopad na dodatek. Kochasz go za nastrój do zaszycia się w domowych pieleszach z kubkiem kakao, książką i włóczką, ale nie jesteś w stanie polubić skutków ubocznych w postaci spadku formy i nastroju. Jakby tego było mało, po raz enty masz zapalenie pęcherza. Pierdolnik w domu z powodu remontu, który będzie trwał do grudnia. Dwa wypryski na twarzy, choć już dobrych kilka lat temu zapomniałaś, co to takiego. Puste konto, bo wyszło Ci wszystko - od kosmetyków, przez ubrania, po meble i dodatki oraz półprodukty do wyrobu prezentów gwiazdkowych. A potem przypominasz sobie, że masz dzień wolny i przy odrobinie szczęścia nie trafisz na dzikie tłumy w kinie.

poniedziałek, 9 listopada 2015

krakersy z dynią


Słodkie, pastelowo-beżowe zdjęcia zrobiłam, ale w głowie mam liściopad. O ile mgliste poranki i wieczory są magiczne i tajemnicze, o tyle wieczne zachmurzenie i deszcz mogą mieć coś wspólnego jedynie z czarną magią. Jeszcze tydzień temu cieszyłam się wieloznacznością jesieni, teraz jestem już mniej zauroczona. Znacznie mniej.
W związku z nastaniem najbardziej depresyjnego miesiąca w roku oglądaliśmy z kolegą jego pamiątkowe zdjęcia z czasu pracy w Szkocji. Najpierw trwałam w nieprzerwanym podnieceniu na widok szkockich bezkresnych krajobrazów, aż tu nagle natknęłam się na folder z wycieczką kumpla na wyspę pomiędzy Szkocją i Islandią. Jakkolwiek kręcą mnie te szaro-bure klimaty natury, szybko zrozumiałam, że to, co efektowne na zdjęciu, niekoniecznie oddaje rzeczywistość - szczególnie w przypadku zdjęć codziennych, niestylizowanych. Dwa dni ściany deszczu i brak możliwości wydostania się z wyspy, oczekiwanie na łaskę pogody i obsługi promu to dość, by moja wyobraźnia ruszyła pełną parą. Chętnie przyjmę zlecenia fotografowania w północnej Szkocji, w Jutlandii, na pustkowiach Islandii czy w podbiegunowych częściach Finlandii i Norwegii, ale w lipcu i w sierpniu. Only. Tymczasem zerknijcie na stronę Marka Pacury - to jest dokładnie to, co mi w duszy gra. Nie palmy i karaibski piasek są moją egzotyką, ale wielowarstwowe, zasnute chmurami niebo i zielone przestrzenie.
Nie, nie mam PMS-a. Po prostu lubię być ponura jesienią.
Żarcik.
Tak naprawdę jestem tuż po lekturze Gorzko Barbary Kosmowskiej, niedawno obejrzałam Ciało Gośki Szumowskiej, wczoraj zaś Ziarno prawdy Borysa Lankosza. Nic z powyższych nie nastraja słonecznie, ale też, z perspektywy patrząc, zarówno książka, jak i filmy sporo w człowieku poruszają. Rozkoszuję się egzystencjonalizmem w każdej postaci, nie wymagam łatwego przekazu i estetycznych obrazków i szczerze powyższe polecam, ale jeśli wolicie trzymać swoją psyche podczas listopadowej pomroczności na wodzy, włączcie sobie raczej jakąś ckliwą komedyjkę, pójdźcie na nowego Bonda, poczytajcie komiks. Ja mam męża ze stali i o odporności słonia (na moje burczenie i półsłówka) oraz znajomych, którzy tylko mrugają oczkiem pytając za co my cię tak lubimy?, ale czy Wasze otoczenie też zniesie niekończącą się melancholię? A, właśnie! Jeśli macie to szczęście, do mojego czytelniczo-filmowego tria dorzućcie Melancholię Larsa von Triera - to jedyny film, który tolerują w powtórkach (niekoniecznie o depresyjnej porze roku).

sobota, 24 października 2015

rzygu rzyg

Ciągnę za sobą czerwony koszyk z oklejoną brudem, rzekomo antybakteryjną rączką i zastanawiam się, dlaczego nie wzięłam wózka. Robi mi się na przemian fioletowo, żółto i czarno przed oczami, momentami śledzie w promocyjnej cenie tańczą przede mną kankana. Zaraz przejdzie, jeszcze momencik, znam ten stan.
W chwili, kiedy wszystko wraca do normy i zapadam w zwyczajową zadumę nad serowo-winnym wyborem, z letargu wyrywa mnie telefon. Ciotka pomiędzy zapytaniem o pieczarki i majonez opowiada z euforią, jak to zapragnęła łazanek i tak jej się ich chciało, tak się chciało... że i mnie się chcieć zaczyna. Naprzemian łazanek i haftowania artystycznego na lodówki z rybami. Znów mi słabo, a taka byłam dzielna, nawet nie myślałam o konsumpcji czegokolwiek podczas zakupów w dyskoncie spożywczym. 
Jestem twarda, jestem silna - myślę sobie. Wrzucam do koszyka tylko najpotrzebniejsze rzeczy, jutro trzeba będzie przeżyć dzień pracy z jakimś zamiennikiem kebaba czy chinki. Spływa na mnie spokój. Jedna z kilkuletnich bliźniaczek potrąca wózkiem mój koszyk, zakupy toczą się lawiną po sklepie, ale ja nadal trwam w fazie zen. Zennnn. Zennnn. Nie, no - Zenek? Twoje oczy zielone??? Nosz kurwa - w Biedronce???

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...